SZLEMIEL

TYM SPEKTAKLEM MOŻECIE UŚWIETNIĆ SWOJE WYDARZENIE.

Żydowskie imię Szlemiel oznacza wyjątkowego pechowca, ale czy takim się okaże, zobaczymy podczas spektaklu na podstawie opowiadania Isaaca Bashevis Singera, pisarza żydowskiego tworzącego głównie w języku jidysz, dziennikarza i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w roku 1978. Teatr CST, teatr alternatywny, zawsze czerpał inspiracje z kultury tradycyjnej: słynne spektakle „Wschodzenie”, „Droga Żywiecka”. Tym razem z filozoficzno-obyczajowej opowieści Singera wyciąga rodzaj radosnego szaleństwa tkwiącego nawet w najprostszym ludzkim życiorysie. „Szlemiel” jest ucztą dla czytelnika i inspiracją dla twórców teatralnych. Sześciu aktorów przedstawi opowiadanie „Jak Szlemiel wędrował do Warszawy”. – Aktualność motywu tej „wędrówki”, niezwykła malowniczość typów singerowskiego, żydowskiego miasteczka „Sztetl” (Chełma), wzbudziła radosne zainteresowanie zespołu wykonawców. Opowiadamy o sobie, o odwiecznych marzeniach ludzkich, które potrafią się spełniać w przewrotny ale i piękny sposób. Bo łatwiej objąć świat marzeniami niż rozumem. Bo przecież zawsze idziemy do jakiejś „Warszawy” po szczęście, gdzie w końcu stanie się jakiś cud. Wszystko po to, by dokonać prostego życiowego odkrycia. Ten doskonale napisany tekst to także okazja do aktorskiego, komediowego wyżycia się” – mówią o spektaklu aktorzy CST.

Z WYWIADU Z REŻYSEREM:

Dlaczego Singer i jego opowiadanie?
To doskonała literatura i zapomniany świat polskich Żydów. Kiedy mój syn Szymon był mniejszy, czytałem mu opowiadania Singera „na dobranoc”. Nie muszę mówić, że ze snu były nici, a moja żona Kasia, wchodziła do pokoju żeby mnie uspokoić. Potem zobaczyłem znakomitą opowieść w wykonaniu Witka Dąbrowskiego z Teatru NN w Lublinie z towarzyszeniem także świetnego akordeonisty Bartka Stańczyka. Pozazdrościłem im i postanowiłem, że zrealizuję kiedyś to opowiadanie jako wieloobsadowy spektakl. Nigdy na to bym się nie odważył gdyby nie możliwość pracy z Krzyśkiem Cisem, Tomkiem Pisarkiem i Tomkiem Majorkiem, Łukaszem Matuszkiem i Kasią Słupczyńską. Idealne grono do „Szlemiela”.

Momentami spektakl przypomina spektakle kabaretowe Grupy Rafała Kmity z Krakowa. Czy to podobieństwo jest przypadkowe?
Styl Rafała Kmity zawsze bardzo mi się podobał. Rzeczywiście są w „Szlemielu” sceny, które mogą się kojarzyć z kabaretem Rafała Kmity. Jednak, mam nadzieję, że nasz spektakl ma tę szczególną teatralną głębię. Moje inspiracje to raczej Chaplin, Harold Loyd czy Louis de Funes (śmiech).

Aż do ostatniej sceny ma się wrażenie perfekcyjnie realizowanego „szaleństwa aktorskiego”. Jednak ostatnia scena, w której w ciągu kilku minut upływają dziesięciolecia, powoduje, że cała przypadkowość i paradoksalność życia znajduje swój ład i porządek w godnej i mądrej starości.
Tak, to „wariactwo” życia czy może raczej „burleska życia”, w której często uczestniczymy jest częścią naszego losu. To trzeba umieć opowiedzieć. Potrzebni są do tego porządni aktorzy. To ogromna przyjemność pracować z uzdolnionymi ludźmi, których łączy na przykład wspólne poczucie humoru i odpowiedzialność za nasz teatr. Podczas pracy nad Szlemielem sporo improwizowaliśmy. Bywały momenty, że ze śmiechu leżałem na podłodze. I nie chodziło tu wcale o wygłupy. Czy można sobie wyobrazić piękniejszą pracę?